- Chciałabym tylko dostać się dokądś - dodała Alicja w formie wyjaśnienia.
- Ach, na pewno tam się dostaniesz, jeśli tylko będziesz szła dość długo.
--Lewis Carroll Alicja w Krainie Czarów--
Rozmowy ze starszą Panną są coraz bardziej rozbrajające. Spisuję je sobie dla potomnych od czasu do czasu.
***
-Mamo czemu tata nie jest murzynem? Miałabym taką od razu opaloną skórkę...szkoooodaaaa, że jest taki zwykły.
***
Ja do Ali wyginającej się od 15 minut przed lustrem: - Najważniejsze to być mądrą a nie piękną. Ala: - a co ja mam zrobić jak już jestem piękna?
tak było parę miesięcy temu, a że każdy kij ma dwa końce to ostatnio usłyszałam:
- Mamo a po co Ty malujesz sobie rzęsy? - Żeby ładniej wyglądać. - A nie lepiej mądro wyglądać?
***
Ala: Mamooo ale ja cie tak bardzo prooooszeeee kup mi tą bluzeczkeeee Ja: Ala już mówiłam NIE. To bardzo dużo pieniędzy. Jak chcesz możesz uzbierać sama w skarbonce. A: Ale to długo będzie. J: Trzeba się nauczyć czekać. A: Ale mamoooo, potem może jej nie być i dopiero będziesz załamana! J: Ja???? A: No ty, bo nigdy nie zobaczysz jak pięknie wyglądam w tej bluzce...
***
Mamo czemu ten pan mówi jak kaczka. No taki mu sie dziób kaczkowy robi jak mówi (Ala o Kaczyńskim, nie wiedząc kto to i jak się nazywa ;) )
***
Ala: A bo to jutro było przecież! Ja: Wczoraj. Jutra jeszcze nie było. A: A no tak, bo to dziś jest jutro.
Jest wstrętnie. Dla mnie ciepłolubnej istoty jest po prostu TRAGICZNIE. Zima jak przyszła tak odejść nie zamierza. Mamy temperaturę regularnie oscylującą w granicach - 20 stopni a nocami poniżej -30. Dziewczyny doprowadzają mnie do obłędu, bo energia je roznosi a wyjść na dwór nie bardzo jest jak w takim klimacie. Tym bardziej, że Alka zasmarkana zaraziła Łucję a Łucja tradycyjnie już mnie. Dziś Ala miała bal w przedszkolu i (o niebiosa cud jakiś!) łaskawie wyraziła zgodę na niebycie księżniczką/wróżką kolejny rok. Została Myszką Minnie. Oczywiście w tych warunkach atmosferycznych padł akumulator od Nikona i
nawet zdjęć sensownych nie było jak zrobić. Tatuś rzucając soczyście
mięchem wrócił do domu, obrzucił mnie wszystkim co mu na myśl przyszło, że dałam mu nienaładowany aparat (jakoś szare komórki też musiały się mu rozładować bo nie skojarzył, że w tej temperaturze to i święty by siadł i nie wstał) po czym zabrał starego malutkiego canona. Ten w międzyczasie też postanowił strajkować choć zapas tradycyjnych baterii paluszków jako-tako go zreanimował. No ale koniec końców mamy choć tyle:
A Nikon wróciwszy do domu działa w najlepsze! JA CHCĘ WIOSNĘ!!!!
Wczoraj wreszcie spadł upragniony przez dziewczyny i znienawidzony przeze mnie śnieg. Wilgotna masa białego puchu pokryła całą okolicę, a ponieważ temperatura oscylowała w granicach 0 - -1 stopni klimat był w sam raz do szaleństw.
Nauka jest trudna. Jest trudna zwłaszcza dla dziecka z grupy ryzyka dysleksji. Ala ma szczególne problemy z zapamiętywaniem wyrazów, powtarzaniem ich z pamięci. Przekręca słowa, myli głoski, słyszy "inaczej". Tak było od początku nauki mowy, tak jest i teraz. Obserwowałam ją pod kątem trudności od bardzo dawna i widzę teraz, że się utrzymują a i co raz pojawia się coś nowego. Nie łapie na przykład równowagi, nauka jazdy na rowerze to pasmo klęsk i morze wylanych łez. Ale jest twarda i wciąż próbuje. To właśnie usiłuję jej wpoić. Że nie ma lekko ale nie wolno się poddawać. I choć są łzy, jest złość to jednak nadal chce. Tym większa była radość, gdy otrzymane na przedszkolne Jasełka trzy wierszyki zostały wykute na blachę i to z zapamiętaniem właściwej intonacji i momentów, w których trzeba je wygłosić. Miała być narratorem - ciężka rola dla kogoś kto musi dużo zapamiętać a ma z tym problem. I nagle na kilka dni przed występem dopadła ją grypa. Nie poszła. Trudno opisać jej rozpacz, bo przecież "mamusiu ja tak dużo się nauczyłam"...Nie łatwo było wytłumaczyć, że tak się czasem zdarza. Patrząc na zalaną łzami buzię wpadłam jednak na pomysł.
Wczoraj ubrałyśmy razem choinkę i moja narratorka wystąpiła przed siostrą, mamą, lalkami i misiami. I było pięknie, zapamiętała rolę. I zaśpiewała kolędę.... I tylko Brutus "owieczka" na potrzeby szopki miał zbolałą minę siedząc wciśnięty między lalkową kołyskę z Baby Born - Jezuskiem a choinkę...Nie ma lekko ;-)
Nasza "szopka" - niestety Wielka Biała Owieczka nie wytrzymała nerwowo i zwiała zanim zrobiłam zdjęcie ;-)
Jako, że to ostatni przedświąteczny wpis, życzę Wam wszystkim wspaniałych Świąt, w ciepłej rodzinnej atmosferze, a w Nowym Roku jak najmniej trudności i jak najwięcej uśmiechu na twarzy.
- Mamo, mamoooooooo!! - bladym świtem zbudził mnie dziś pisk dwóch nieletnich. - Mikołaj był!!!!!!! - zakrzyknęła starsza. Tak kojaj!!!- dodała całkiem poważnie młodsza. Potem zapanowała cisza na jakieś 30 sekund, po czym starsza jak burza wpadła do pokoju. Oczy jak 5zł, buzia od ucha do ucha roześmiana. - Mamo! Ty wiesz co ja tu mam? Dokładnie to o czym marzyłam! Widzisz? Już nie musisz mi kupować!
Wiara w Mikołaja piękna rzecz :) Życzę zatem Wam wszystkim, by choć raz w roku jakiś Mikołaj przyniósł Wam coś o czym marzycie (żebyście nie musieli kupować ;) )
Dnia wczorajszego wyedukowana już szczegółowo w dziedzinie "skąd się biorą dzieci" Alicja postanowiła podzielić się wiedzą z młodszą siostrą. W tym celu zabrała swoją osobistą książkę i posługując się obrazkami objaśniała:
"Tu mamusia ma takie coś i tam siedzi yyyy kółeczko a tu tatuś ma takie małe yyyyy no takie jak niteczki, one sobie wędrują z siusiaka do mamusi i jak tam w brzuszku spotkają to ....no to kółko tutaj to się cieszą chyba i tańczą z radości i chyba śpiewają lalalalala. No mamo cieszą się?"
"Tak cieszą się" - odrzekłam tłumiąc chichot.
"No widzisz Łucja, cieszą się, a jeden się cieszy bardziej bo wskakuje hop siup do środka tego kółka i potem jest dzidziuś! I tak się zrobił dzidziuś mama i dzidziuś babcia i ty i dzidziuś ja....tylko tata chyba nie....bo on jest inny...chyba"
"Jak to inny?" - zdziwiłam się.
"No mamo, a czy Ty kiedyś widziałaś takiego dzidziusia? No takiego włochatego, z brodą?"
Tu już nie wytrzymałam ze śmiechu .No nie widziałam. Faktycznie :D
Jeszcze w żadnym roku kupowanie zabawek nie smakowało tak jak teraz,
nie dawało tyle satysfakcji. Może dlatego, że jeszcze nigdy nie było
tak trudno o finanse? Może dlatego, że wcześniej nie doceniałam tego co
mam? Jak łatwo zrezygnować z siebie dla nich...i jak łatwo się z tego
ucieszyć chowając po kątach upatrzoną lalę, wymarzonego
miękkiego Scooby Doo, gadającego Pony dzidziusia i kilka innych drobniejszych rzeczy. Kryzys finansowy spowodował, że w tym roku prezenty będą tylko dla dzieci. Z racji ostatnich wydarzeń zakupione już teraz, bo potem...potem finansowo będzie już tylko gorzej. Już jest. W zasadzie tak źle nie było jeszcze nigdy. Czasem przyłapuję się na myśli by zrezygnować z wyjazdu na wakacje...Ale... No właśnie jest tyle ale. Choćby to, że nie odzyskam z powrotem całej kwoty jaką zapłaciliśmy...choćby to, że teraz już żadnych perspektyw na wyjazd nie będzie, ten ostatni. Choćby to, że wyjazd da nam choć chwilkę wytchnienia od trosk codziennych i pozwoli podładować akumulatory...Choćby to, że to dla mnie jedyny promyk słońca, jedyna radość, taka odskocznia, do której odliczam dni. Co będzie gdy tego zabraknie? Tyle było wyrzeczeń, wysiłku by uzbierać pieniądze i nagle miałabym to wszystko skreślić...No ciężko. Zamykam oczy i widzę roześmianą buzię Ali albo moje ulubione ostatnio "kokam" (kocham) Łucji...to będą nasze prezenty w tym roku. Takich nie kupimy nigdzie, za żadne pieniądze świata!
Wymieszać w słoiku 100g mąki (ja biorę żytnią) i 100ml ciepłej wody (przegotowanej) ale
nie bardziej niż 40 stopni C. Wymieszana masa ma mieć konsystencję gęstej
śmietany. Słoik przykrywam gazą, związuję gumką recepturką i odstawiam
w ciepłe miejsce na 48 godzin. Po tym czasie powinien urosnąć i
wytworzyć bąbelki. Teraz dodaję ponownie mąkę i wodę - tym razem po
60gram i 60 ml (ja z racji tego, że mam pod ręką odmierzam sobie butelką od mleka Łucji). Woda tak samo
ciepła jak poprzednio i mieszam. Odstawiam na dobę. I znowu dodaję: 120
gram mąki i 120 mililitrów wody ciepłej, mieszam i zostawiam w ciepłym
miejscu na 2 dni. Wychodzi z tego około 600 gram zakwasu. Ma taki chlebowy zapach jak się uda, taki lekko kwaśny ale przyjemny. Dodajemy do
chlebka a jak nam zostanie to pakujemy w słoiczek lub plastikowy
pojemnik i do lodówki. Maks 2 tyg może w lodówce postać.
A chlebek robię tak:
1kg mąki pszennej lub żytniej (lepiej pszenną lub pszenno-żytnią bo z samej żytniej choć dobry to bardzo ciężki jest i nie rośnie zbytnio) 1 litr letniej wody 2 łyżki stołowe soli (można mniej tak 1-1,5 jak kto woli) 1/2 szklanki pestek dyni 1/2 szklanki ziaren słonecznika 1/2 szklanki płatków owsianych 1/2 szklanki siemienia lnianego 1 szklanka otrąb pszennych 4 łyżki zakwasu
Jako formy używam keksówki albo takiej małej kwadratowej. Keksówka chyba lepsza. Wyrobić
to wszystko, natłuścić formę, albo wyłożyć papierem do pieczenia,
przełożyć wyrobione ciasto do formy i odstawić na 12 godzin w ciepłe miejsce najlepiej. Wstawić do
piekarnika i piec tak około 1h 20min w temp. 180 stopni.
Od tej
gotowej wyrobionej masy możecie odłożyć sobie 4 łyżki do słoika i
będziecie mieć zakwas na następny chlebek. Taki zakwas u mnie wytrzymuje
tydzień.
...jestem na dni kilka. Alka chora - tym razem ona ma anginę (ciekawe kiedy Pani JASNA CHOLERA ANGINA wróci do mnie albo przeskoczy np. na Łucję) Fajny sezon. Kocham jesień itd itp. Znów na L4 a żeby było fajniej jutro małżonek wyjeżdża na szkolenie i do soboty będę sama z nadinteligentną dwójką i półinteligentnym psem. Jak wobec tego wyprowadzić owego psa i zostawić same w domu owe dwie intelektualistki? Co spacer będę się modlić by nic nie zbroiły. Zazwyczaj szły ze mną a tu klops. Ala chora i nie może wyjść a sama za nic nie zostanie. Przygotowując się do końca świata właśnie upiekłam chleb - taki swojski, na zakwasie i cudownie pachnący. Jutro uzupełnię lodówkę w rzeczy niezbędne i może przeżyjemy. Najbliższy sklep około kilometra bo w tym osiedlowym nie ma nic sensownego, więc żadne zakupy nie będą możliwe. Ech.