- Chciałabym tylko dostać się dokądś - dodała Alicja w formie wyjaśnienia.
- Ach, na pewno tam się dostaniesz, jeśli tylko będziesz szła dość długo.
--Lewis Carroll Alicja w Krainie Czarów--
Wczoraj zakończyła się przygoda Ali z przedszkolem. Było pięknie, uroczyście i mokro od łez na policzkach, bo Panna Starsza bardzo przeżyła rozstanie. Od września już szkoła, ale póki co jutro wyjeżdżamy na wakacje.
Mamo mam coś dla Ciebie! Taki spóźniony walentynkowy list! - usłyszałam wczoraj. I rozpromieniona Panna Starsza wręczyła mi kartkę. Pierwszy w życiu samodzielnie napisany list. Zwykły kawałek kartki a na nim niezgrabne literki, słowa napisane z błędami....a jednak to najpiękniejsza walentynka jaką kiedykolwiek dostałam.
Zdaje się, że zapomniałam o blogu. W ramach nadrobienia zaległości fotki z wczorajszego balu: księżniczka Łucja:
i nieco blada, bo osłabiona po chorobie marokanka Alicja:
Ala w ogóle ma burzliwy okres. Zgubiła trzy zęby z przodu i zapewniła mnie, że nie zobaczę jej uśmiechu dopóki nie odrosną. Póki co rośnie jej wszystko tylko nie owe nieszczęsne zęby. Od czerwca urosła kolejnych kilka cm i jak tak dalej pójdzie nie wyrobię z kupowaniem nowych spodni. Z rozmiaru 122 wskoczyła nagle w 134. Rozmiarem obuwia goni dzielnie mnie i obawiam się, że już w podstawówce będziemy miały wspólne buty - ona ma 34/35 a ja 40/41 aktualnie. W razie czego do komunii dostanie moje ślubne pantofle ;-) Co poza tym? Odkładamy fundusze na wakacje. W tym roku bliskie, bo europejskie, a w zasadzie sąsiedzko-europejskie. Jedziemy do Schwarzwaldu na tydzień. Poszalejemy w Europa Park i powłóczymy się po okolicy. Zarezerwowaliśmy kwaterę w gospodarstwie agroturystycznym w samym sercu gór i już nie możemy się doczekać :-)
PS. Kot w międzyczasie stał się pełnoprawnym, ukochanym domownikiem. Jak na kota przystało ma całkowicie szalone pomysły, pomiaukuje, poluje i odstawia dzikie harce:-) A jak się zmęczy to bywa, że śpi właśnie tak:
Dziś dziewczyny miały jasełka w przedszkolu - mniejsza pierwsze a większa ostatnie. Obie równo przejęte, ja chyba niemniej...moje dwa osobiste aniołki.
Filemonka, Fila, Filucha....od wczoraj nie milkną w domu radosne okrzyki dwóch panienek. Wypadła Mikołajowi z worka i wylądowała w przydrożnej zaspie skąd zabrałam ją wczoraj rano (wersja dla dzieci). A tak naprawdę po prostu bezdomna, malutka (około 4 miesięczna) i ledwo żywa znajdka. Piszczące, zziębnięte nieszczęście znalezione w drodze do pracy. Bardzo zabiedzona i bardzo zaniedbana ale, według weterynarza, zdrowa kotka od wczoraj jest kolejną babą w naszej rodzinie. Została odrobaczona, odpchlona (profilaktycznie bo lekarz nic nie znalazł) i od razu zapałała gorącą miłością do całej rodziny - mruczy, wtula się i ociera. Nigdy nie widziałam aż tak przyjaznej istoty z kociego gatunku. 100% łagodności odnośnie człowieka i nieskończone pokłady cierpliwości dla moich oszalałych z radości dziewcząt. Na razie jedyne nieuregulowane stosunki panują między nią a Brutusem - sęk w tym, że on ją wielbi a ona jego niekoniecznie ;-) Wczoraj jeszcze pełna wrogiego prychania dziś już jednak przeważnie unikająco-olewająca. Na miłość nie liczę ale może z czasem stosunki się ocieplą.
Wczoraj całe popołudnie padał śnieg, a dzisiaj pewnie odejdzie w zapomnienie, bo słonko mocno grzeje i temperatura jest lekko na plusie. Dziewczyny od rana tkwiły przylepione do szyby aż w końcu tatuś się zlitował i zabrał towarzystwo na przegląd terenu i to tuż po 8 rano. Ach jakże wielka była radość (dzieci oczywiście bo tatuś był, jakby to powiedzieć....no nieco mniej zadowolony ;-) )
Po długiej fazie bycia kokonikiem (czyli gąsieniczką która ma być niedługo motylkiem) i/lub ziarnkiem groszku w strączku Panna Młodsza radośnie wkroczyła w nową fazę. Dla niewtajemniczonych - dziecię regularnie zawijało się w co popadnie wystawiając tylko czubek nosa do oddychania i twierdziło, że siedzi w kokoniku/strączku. Nowa faza objawiła się jakiś czas temu o poranku, gdy przygnieciona poduszką ex gąsieniczka zawyła: "uwazaj! zgniecies skolupke!" Na mój zdziwiony wyraz twarzy oznajmiła: "jestem jajecko". Jak przystało na jajeczko w stanie surowym jest więc od jakiegoś czasu nietykalna, bo jakby tak "pęknęła mi skolupka to by sie zółconko wylało i bym umalnęła" (znaczy się wypłynie żółtko i będzie zgon). I słyszę co chwilę "Alka uwazaj bo peka mi skolupka!" a wysmarowaną jogurtem buzię tłumaczy" "skolupka nie ma buzi i je całą skolupką" (znaczy wchłanianie całą powierzchnią). W kąpieli woda musi być lekko ciepła, bo gorąca wiadomo - ścina żółtko, łóżko musi być obłożone misiami, bo jakby skorupka rąbnęła o barierkę to byłaby jajecznica.... no dom wariatów! Panna Starsza od zawsze była nieskomplikowaną wróżką/księżniczką w oprawie różu i brokatu i obsługę tychże wcieleń mieliśmy opanowaną. Aktualnie trwa faza modelko-piosenkarki. Na jajka, groszki i gąsienice niestety nie jesteśmy przygotowani. Aczkolwiek nie ukrywam, że czekam co się z tego rozwinie/wykluje dalej. Wszak wyobraźnia piękna rzecz :-)
Wczoraj był TEN dzień :) Ala, najdumniejsza wnuczka na świecie podawała obrączki, Łucja bardzo przejęta ściskała swój mały bukiecik kwiatków a ja przyznam przez moment zagryzłam wargi, bo jakoś tak głupio byłoby się rozpłakać....Cieszę się ich szczęściem.